Osiowski Marcin - [Tytul [2021-08-25_15]], 2021, [technika], 70x50cm - [fot Adam Gut] 2000

#100flagrevisited

Prace z cyklu 100 flag były reakcją artysty na niepokojącą sytuację polityczną i partyjną propagandę. Na organizowaną przez HOS Gallery wystawę Art on Art w Warszawie wdarły się osoby, które zniszczyły osiemnaście płócien z tego cyklu. Sprayem napisano „JUDE RAUS” i domalowano szubienicę. Skoro nieznani sprawcy mogli bezkarnie poddać destrukcji dzieło malarskie, ale także własność prywatną, wizerunek flagi, tym bardziej wolno było dokonać tego samemu artyście. Tak powstała seria 100 Flags Revisited. Osiowski pokrył prace z cyklu 100 flag siatką kolorowych kwadratów, imitując rzeczywistość oglądaną w ogromnym powiększeniu.  Prace te jeszcze dosadniej skupiają się na naturze koloru. Zabieg ten czyni sztukę osobnym, egalitarnym językiem, nie mającym nic wspólnego z medialnym przekazem, nowomową polityków. 

jude raus.jpg


Czy można dyskutować z fanatyzmem lub kompletną ignorancją? Jak tworzyć, w dodatku ten sam cykl, w obliczu takiego niezrozumienia, głupoty, agresji? 


Można na przykład zwrócić się ku figuracji, która przemawia do szerszego grona odbiorców dosadniejszym przekazem. W pracach 100 Flags Revisited powracają przerażające postaci w kominiarkach, ni to ludzie, ni szkielety. Odpychający i straszni, to prawdziwi uczestnicy Marszów Niepodległości. Powraca również symbol falangi, z którym obnoszą się współcześni polscy nacjonaliści. Radykalne odejście od sztuki nieprzedstawieniowej stanowi odpowiedź na radykalny gest wandali. Obok figur w kominiarkach na płótnach powraca hasło „Gott mit uns”.

 


Katarzyna Piskorz, fragmenty katalogu towarzyszącego wystawie „To nie jest flaga”.

Marcin Osiowski, fragmenty notatek z 1 sierpnia 2020 roku:

Prywatnie i nostalgicznie
1 sierpnia 2020

Moja mama była sanitariuszką w Powstaniu. Wychowałem się w tradycji pewnej świętości obchodów rocznicy 1 Sierpnia; zawsze chodziliśmy z rodzicami na groby Powstańców, nieco później, o zmroku, gdy płomienie tysięcy świec pod białymi krzyżami magicznie rozświetlały zapadający zmrok. Nie byłem na grobach Powstańców tylko gdy stan wojenny zatrzymał mnie za granicą, gdy nie mogłem przez kilka lat swobodnie podróżować. Później, zawsze. Kiedyś leciałem z Nowego Jorku, samolot miał opóźnianie, ale zdążyłem wejść na cmentarz w nocy. 
Nawet za czasów „komuny” było to miejsce święte, jakby wyjęte na ten jeden dzień spod bezprawia systemu.


Coś się zmieniło, gdy wychynęli napędzani nienawiścią i małością kompleksów, którzy nie zawahali się lżyć w Godzinę „W” profesora Bartoszewskiego i innych im niewygodnych – wielkich ludzi, których ich ciasne umysły nie były w stanie pojąć, którzy gwizdali na pogrzebie profesora Geremka. 

Dzisiaj też byłem na Powązkach, ale nie doszedłem do kwater powstańczych. Stragany przed cmentarzem z broszurami religii smoleńskiej, ulotki o genderowej zarazie i pedofilskim zagrożeniu „ideologią” LGBT. W bramie jak zwykle tłum, ale inny; coraz mniej tych szlachetnych twarzy bardzo już sędziwych ludzi, coraz więcej znacznie młodszych, pewnych siebie, przepychających się. Facet w skurzanej kurtce z orłem na plecach splunął przy grobie Bronisława Geremka. Pod kurtką miał koszulkę z hasłem „Gott mit uns”. Zawróciłem. Przyjdę jutro.
 


O obrazach
Tego samego wieczora, 1 sierpnia 2020

Przygotowania do obchodów 100-lecia niepodległości obserwowałem z zażenowaniem w mediach; władza państwowa negocjowała z nacjonalistami marsz ulicami stolicy. Miało to być radosne święto wszystkich Polaków, jak głosiła propagandowa reżimowa tzw. „telewizja publiczna”. Na przedzie grupka smutnych ludzi taszczących, jakby im ciążyły, flagi – władza. Za nimi kordon komandosów i transporterów opancerzonych chroniący ich przed suwerenem, w imieniu którego rzekomo tę władzę sprawują. A dalej ów suweren z racami, obraźliwymi transparentami, wykrzykujący swą nienawiść. W światowej prasie pojawiły się informacje o 60-tysięcznym tłumie neofaszystów na ulicach Warszawy. Nieprawda. Na pewno w większości maszerowali ci, którzy uwierzyli propagandzie i chcieli uczcić narodowe święto, rodziny z dziećmi, mieszkańcy Warszawy. Ale to mniejszość namaszczona przez władzę narzuciła charakter i symbolikę tego marszu.

Trywialność powtarzającej się historii. Banalność obłudy władzy. 

I to postanowiłem namalować. Trywialność. Tak powstało „100 flag”. Zbliżała się moja wystawa, na której miałem pokazać obrazy z ostatnich 35 lat.  Sztuka to proces w czasie; obrazy maluję, kończę – zamykam temat. Czasami ten proces trwa – i obraz maluję miesiącami, nawet latami.
 
Zawracając spod grobu Bronisława Geremka zobaczyłem flagi przed bramą Powązek na tle ciemniejącego nieba. Rośnie nowe pokolenie plujących, dochodzi do głosu sączona latami nienawiść. Przypomniał mi się tekst profesora Sadurskiego „Oskarżam”. Oczywiste nawiązanie do „J’Accuse!” Zoli, ale bez takiego społecznego szerokiego odzewu. Czy stajemy się, jako społeczeństwo, obojętni? Sadurski mówił o przestępcach, twarze przestępców przedstawia się zamazane, rozpikselowane. 


Gdy byłem jeszcze na studiach, w Antwerpii, gdzieś około 1984 roku, sławna stała się praca młodej amerykańskiej graficzki przedstawiająca „Falę w Kanagawie” Hokusai rozłożoną na „piksele” – w cudzysłowie, bo była to praca wykonana ręcznie z kolorowanych małych kwadracików. Parę lat później, jeden z obrazów z mojej serii „Obowiązkiem artysty jest namalować jeden obraz dziennie” zbudowałem z setek kwadracików. 

I tak, z Powązek, pojechałem do pracowni i zacząłem rozkładać te moje obrazy „100 flag” na kwadraty koloru; z ich relacjami i zależnościami, świetlistością, zestawieniem kolorów matowych, półmatowych i błyszczących, ciepłych, zimnych, impasto i laserunków. 

Wspomniałem moje „dzienniki” – te dawne obrazy „obowiązkowe dla malarza”. To był okres moich studiów nad utyskiwaniem Wittgensteina nad rozmyślaniami Goethego i Runge o kolorach, zgłębianiem nomenklatury koloru Wernera, a dzisiaj patrzę na moje obrazy z serii „100 flag” i cieszę się, że znalazłem dla nich drogę ucieczki z trywialności – to będzie „100 Flags Revisited” - ale przygnębia powód.


Przypomniałem Hokusai, ukiyo-e, czyli obrazy przemijającego świata. Bronisław Geremek był architektem naszej wolności, powrotu Polski do Europy. Dzisiejsi jej obrońcy, ubrani w koszulki z orłem i hasłem „Gott mit uns” spluwają przed jego grobem.