grupadet.jpg

#grupawolno

#grupawolno to otwarta formuła współpracy artystów. Powstała w wyniku spotkania w kwietniu 2018 roku w pracowni Marcina Osiowskiego z Julią Słonecką i Antonim Gustowskim. Marcin Osiowski, malarz, poeta oraz Antoni Gustowski, kompozytor, pieśniarz, reżyser i tłumacz poezji francuskiej znają się od lat i planowali wspólną działalność artystyczną, która byłaby rozwinięciem zainteresowań artystycznych Gustowskiego a zarazem kontynuacja wcześniejszej współpracy Osiowskiego z muzykami duńskimi, między innymi kompozytorką muzyki eksperymentalnej Olgą Magieres.

Spotkanie Marcina Osiowskiego z Julią Słonecką, niedawną absolwentką ASP w Warszawie, oboje wspominają tak: „Zaskoczyło nas, że tak podobnie myślimy o malarstwie. Od razu zdecydowaliśmy na współpracę”. Osiowski dodaje: „W tekstach teoretycznych Julii znalazłem bardzo dużo wspólnego z tym, co sam pisałem 30 lat temu. Do tego Julii inspiracje Wittgensteinem, na którym się wychowałem, „Powiększenie” Antonioniego i kilka innych odniesień okazały się tak samo dla nas ważne”.   

Zaczęli następnego dnia po spotkaniu: „Dużo rozmawiamy, ale naszym naturalnym językiem jest rysunek. Zaczęliśmy od szkiców na tekturach, które w trakcie pracy zamieniają się w notatnik z naszych spotkań. Dodajemy zdjęcia ze spotkań, zamykamy całość w skończoną kompozycję i doklejamy kartkę z kalendarza. Tak powstają nasze dzienniki”.

W dniu pierwszego spotkania przywieziono do pracowni zamówioną wcześniej lodówkę. Instrukcja obsługi lodówki, pudełko zapałek, czy opakowanie od farb olejnych są dla artystów tematem równie dobrym jak każdy inny – w swoich pracach oboje odnoszą się do problemów tożsamości symboli i znaków oraz podejmują grę z konwencjonalnym myśleniem o sztuce przedstawiającej i abstrakcyjnej. Wyrażają to wprost w portrecie Platona z ironicznym dopiskiem „Mimesis. Rusrs?” (are you serious?). Seria prac „Dojenie van Gogha” to pytanie o relacje pamięci i rozumienia sztuki z dzisiejszymi realiami rynku sztuki. Czy to van Gogh? Portret nierozumianego za życia artysty? Czy opakowanie po farbach?

Osobnym cyklem są prace wynikające z zainteresowania obojga malarzy Ludwikiem Wittgensteinem.

Słonecka i Osiowski odcinają się od polityki. Twierdzą zgodnie: „Bieżączką się nie zajmujemy, ale jesteśmy wrażliwi na otaczający nas świat, bo bez tego trudno uprawiać jakąkolwiek sztukę. Polityką się zajmujemy, malujemy obrazy.” Osiowski dodaje: „Wittgenstein mówił o „grach językowych”, ale gra wymaga jasności reguł i ich przestrzegania. W przeciwnym razie mamy do czynienia z okładaniem się cepami. Albo bejsbolami. Badanie języka codziennego uświadamia, zdaniem Wittgensteina, jak wiele problemów wynika jedynie z niewłaściwego użycia pewnych pojęć".

Czy rzeczywiście nie zajmują się polityką? Na pewno zajmują się obszarami związanymi z pojęciem władzy. Czy artyści odnoszą się do obecnej sytuacji w Polsce? „Archetypicznie, może, jeśli już - niechętnie” - odpowiada Osiowski w charakterystyczny dla siebie sposób. A na niektórych „Dziennikach” dodają prowokacyjnie „nam wszystko wolno”. To pozorna prowokacja, bo artyście - w granicach sztuki - wolno. #grupawolno.

Na wystawie Osiowski pokazał obrazy z serii „100 flag”. Związek ze stuleciem odzyskania niepodległości jest oczywisty.  Na pytanie o stulecie odzyskania niepodległości mówi: „Kwestia czysto językowa: skoro odzyskaliśmy to najpierw utraciliśmy”, a na pytanie o obchody stulecia mówi tak: „Zapowiedziano wielką radość. Widziałem w telewizji marsz jakichś smutnych ludzi o zaciśniętych twarzach, niektórzy taszczyli flagi jakby im ciążyły, odgrodzeni od suwerena oddziałami komandosów i wozami pancernymi. Kiedyś, w latach siedemdziesiątych, zdawałem na studiach egzamin z form przestrzennych i poszedłem po południu na spacer przez Sejm; tam są ciekawe układy przestrzenne budynków - łączniki nad wewnętrznymi uliczkami z cegły, ciekawa zieleń. Posiedziałem na krawężniku robiąc rysunki. Pies z kulawą nogą na mnie nie zwracał uwagi. W zeszłym roku byłem pod Sejmem: stalowe bariery, zapory. Czułem się jak krowa prowadzona na rzeź. Lubię krowy, mają magiczne oczy. Jako dzieciak czytałem opowiadanie o wojnie w Birmie ze sceną nalotu samolotów strzelających do żołnierzy. Na pastwisku były krowy i jedna dostała serię z karabinu maszynowego i urwało jej nogę. Stała bez nogi, krowa nie może krzyczeć. Makabryczna scena, która przypomniała mi się pod Sejmem. Czy władza miałaby ochotę wystrzelać suwerena, gdy jej zdaniem przestaje być suwerenem, a staje się bydłem, nie wiem. Ale pomyślałem wówczas o takim samolocie, który nadlatuje i strzela do nas między tymi barierami stalowymi. Taka tylko makabreska; przecież chyba nie mają niczego co lata i strzela.”

Pomijając ten komentarz, jeśli w przypadku flag Jaspera Johnsa zasadne było pytanie „Czy to flaga, czy obraz?” tutaj niewątpliwe mamy do czynienia z obrazami.

„Obrazy o relacjach” to przeniesienie „gier językowych” Wittgensteina w obszar „gier malarskich” ze stereotypami. Na ile napis na pudełku zapałek „Oszczędzaj prąd, wyjmij wtyczkę”, czy proekologiczne hasło na plastikowej torbie na zakupy może nabrać dwuznaczności? Na tyle, na ile artystom przyjdzie do głowy.  „Granice mojego języka wyznaczają granice mojego świata” Wittgensteina zamieniają w „Granice naszego malarstwa wyznaczają granice naszego świata”.

W „Dzienników” widać szkice do innych serii obrazów, m.in. o upływie czasu zainspirowanych pierwszym negatywem wykonanym przez Henry Fox Talbota w Lacock Abbey w 1835 roku, jak również o relacjach społecznych wykorzystując zdarzenia w 1949 roku w USA, gdzie w stanie Nowy Jork doszło do wielomiesięcznych zamieszek o charakterze antysemickim, antykomunistycznym i rasistowskim z powodu planowanego występu śpiewaka i działacza społecznego Paula Robesona w miasteczku Peekskill.

Słonecka i Osiowski podkreślają, że istotnym elementem wspólnych poszukiwań, dyskusji jest współpraca z Antonim Gustowskim. Osiowski mówi: „W pracowni nie tylko machamy pędzlami, a muzyka to nie tylko walenie w klawisze. Sztuka to namysł.” Antoni Gustowski  już pisze muzykę inspirowaną cyklem o upływie czasu. Zresztą muzyka, w różnych formach i relacjach, pojawia się w pracach Słoneckiej i Osiowskiego. To Julia Słonecka „wniosła” Syda Barretta, bo pisała o nim w swojej pracy „Czarny rezonans” na Uniwersytecie Warszawskim. Marcin Osiowski, poza współpracą z muzykami w Danii, w ironiczny sposób wykorzystał piosenkę dyskotekową z lat osiemdziesiątych w swoim absurdalnym obrazie o władzy komunistycznej; poza Jaruzelskim i Leninem obraz przedstawia „automat w kształcie kury, który po wrzuceniu monety znosi kolorowe jajeczka z gumy do żucia”.

Dystans, żart i przekomarzanie się z widzem i rzeczywistością przemieszane z refleksyjnym i poważnym namysłem są ich językiem krytyki tejże rzeczywistości. A język, którym posługują się „na zewnątrz” bywa poetycko-dadaistycznie absurdalny; na pytanie, kiedy i jak się poznali Słonecka i Osiowski zgodnie odpowiadają „w czasie szturmu na Pałac Zimowy”. Zresztą u Osiowskiego przejście od poważnej dyskusji do poetyckiej metafory i żartu bywa płynne.

I nie zawsze udaje się rozpoznać granice. Słonecka i Osiowski wykorzystują motywy teologii staroegipskich. Osiowski napisał:

„Jak malujemy z Julią, bo pytają. Malujemy instrukcję obsługi lodówki. Bo zgodziliśmy się, że obraz można namalować z każdego powodu. A że wnieśli lodówkę, to czemu nie? Pudełko zapałek? Też dobre. Szczególnie jeśli ma plamę przypominającą okrągły cień w scenie przy grobie; cień i ba zmarłego, czy inne formy u stóp bogini Nut wychodzącej z sykomory by karmić zmarłego i jego ba. Czym jest ba? Duszą, po naszemu, podobnie jak ka i ach z tą różnicą, że ba przybierać mogło dowolną formę, np. ptaka z ludzką głową, a ka było zawsze przedstawiane jako człowiek, dokładniej w takiej formie, bo człowiekiem nie było. Bogini Nut, poza nieinteresującą nas teraz formą Kosmicznej Krowy, głównie zajmowała się wspieraniem nieba, i to nam odpowiada. Podobnie jak interesuje nas ka; jest nie tylko przedstawiane w formie człowieka, jest duchowym elementem towarzyszącym człowiekowi od narodzin, jest idealnym, pozbawionym wad wzorcem, w którym skupiają się nasze dobre cechy i energia witalna. Niektórzy dostrzegają tu pierwowzór platońskiej idei – a to prowadzi nas (prostą drogą) do mimesis, lecz zanim tam trafimy zanurzamy się w teologii heliopolitańskiej. Widzimy jak wielkie, fundamentalne wręcz znaczenie miało imię. Determinowało indywidualność człowieka, jego egzystencję. Tworzymy coś poprzez nazwanie, i odwrotnie – niszczymy poprzez niszczenie imienia. Coś to komuś przypomina? Kogoś wygumkować? Zastęplować? Usunąć z historii i zastąpić sobą samym?

What's in a name? Angole zawsze widzą rzeczy inaczej, chociaż to akurat działo się w Weronie, w Mantui też.

Skoro w ka, jednej z form „duszy” w kosmogonii heliopolitańskiej można ujrzeć pierwowzór platońskiej idei i arystotelesowej formy to stąd jeden oczywisty krok do Wittgensteina. Ten ostatni trochę spierał się z Heideggerem; patrzenie wstecz, przez wieki. Czas, upływ czasu. Dobre tematy do wspólnego malowania.”